Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy na DVD – recenzja

Przebudzenie Mocy to epicki powrót sagi Star Wars! Jedną z największych niewiadomych nowej Gwiezdnych wojen był kierunek, w jakim ona będzie zmierzać. W końcu dalsze losy bohaterów oryginalnej trylogii zostały już dawno opowiedziane w Expanded Universe, które na chwilę obecną zostało usunięte z kanonu. Sam ten formalny ruch nie wymaże jednak owej alternatywnej już ścieżki ze świadomości fanów sagi. Każdy z nas chyba zastanawiał się, czy J.J. Abrams podąży bardziej w stronę prequel trilogy, która zawiodła większość fanów na całym świecie, czy może jednak projekt ten bliżej będzie powrotowi do korzeni? Czas rozwiać wszelkie obawy! Reżyser stworzył spektakularne widowisko będące godnym dziedzictwem oryginalnej trylogii! Znów poczułem magię, która każdemu z fanów „Star Wars” wyciśnie łzy z oczu!

Siódma część Gwiezdnych wojen rozgrywa się 30 lat po Powrocie Jedi. Nadchodzi nowe zagrożenie związane z Najwyższym Porządkiem – potężnym stronnictwem odrodzonym na zgliszczach dawnego Imperium. Nowe pokolenie głównych bohaterów to zupełnie odmienne osobowości, żyjące w różnych zakątkach rozległej galaktyki, o całkiem innym postrzeganiu historii. Jak splotą się losy Finna służącego w armii Najwyższego Porządku ze słynnym pilotem Poe Dameronem? Na ile zmieni się życie Rey – osieroconej dziewczyny, samotnie przemierzającej pustynie Jakku po spotkaniu droida BB-8? Z szacunku dla czytelników i ze strachu przed eskalacją za zdradzanie fabuły uniknę spoilerów. Tajemnice, które skrywa Przebudzenie Mocy, oraz nieoczekiwane zwroty akcji dostarczą widzom najwięcej emocji, których nie chciałbym odbierać nawet największemu wrogowi.

Chewbacca i Solo

Zobacz również: Kurtka Hana Solo sprzedana za niewyobrażalną sumę!

Już po kilku pierwszych sekwencjach filmu można zacząć nieśmiało mówić, iż mamy do czynienia z najlepszą częścią sagi od wielu, wielu lat. Przede wszystkim konwencja całej historii jest o wiele bliższa temu, do czego przyzwyczaiły nas dzieła należące do trylogii, która powstała pierwotnie. Sprawnie prowadzona narracja (w przeciwieństwie do dłużyzn, którymi męczył nas chociażby Atak klonów), ciekawe wątki i znakomicie wyważona konwencja. „Przebudzenie Mocy” nie popełnia grzechu wielu ostatnich sequeli i nie opiera się tylko i wyłącznie na nawiązaniach do poprzednich części (jak np. ostatni Terminator). Ma swój własny szlif, który – z drugiej strony – zachowuje ciągłość serii pod względem klimatu tam, gdzie całe prequel trilogy sromotnie poległo. Dzieło Abramsa zachowuje w tym względem złoty środek. Film to bez wątpienia najbardziej naszpikowana humorem część serii. Fabułę, choć momentami zbyt ckliwą (organicznie wiekowe PG-13 momentami uderza po oczach), cechuje również bardzo mięsista i wielotorowa intryga. Główni bohaterowie, poznając tajemnice owianej legendami przeszłości, stają naprzeciw Ciemnej stronie, która chyba jeszcze nigdy nie była tak zagadkowa i intrygująca. Co niezwykle ważne, scenariusz, którego współtwórcą był Lawrence Kasdan – scenarzysta Imperium kontratakuje oraz Powrotu Jedi – nie przedstawia jedynie prostego czarno-białego konfliktu dobra ze złem. Tu nic nie jest oczywiste, a zarówno czerń, jak i biel mają wiele odcieni. Różnice i transformacje poglądów oraz ich konflikt nawet wewnątrz obydwu frakcji budują mnogość ciekawych wątków. Mankamentem produkcji są niestety niewielkie luki w scenariuszu, który często idzie na skróty, serwując kilka niedopowiedzeń i uproszczeń.

Oprócz powrotu starych znajomych – Hana Solo (Harrison Ford), którego cięty dowcip po latach tylko się wyostrzył,  sprawdzającej się w zupełnie nowej roli Generał Lei (Carrie Fisher), Chewbacci (Peter Mayhew)  czy najważniejszej postaci oryginalnej trylogii – Luke’a Skywalkera, spotkamy tych, którzy zaczną stanowić o nowych czasach. Finn (John Boyega), Rey (Daisy Ridley) czy Poe Dameron (Oscar Isaac) są bez wątpienia naprawdę dobrze napisanymi bohaterami, z którymi widz łatwo się utożsami i tak jak przy wcześniejszych epizodach, szybko wybierze swoją ulubioną postać. Przyznam, że przed seansem miałem duże obawy co do aktorskiego popisu Daisy Ridley, Adama Drivera i Johna Boyegi. Jak jeszcze ostatni z nich wypada na ekranie nie lepiej niż po prostu poprawnie (spokojnie, postać nie jest zagrana jedną, przestraszoną miną, tak jak wydawałoby się po zwiastunach, a wręcz przeciwnie – niezły z niego komediant!), to role Rey i Kylo zostały wykreowane przez aktorów perfekcyjnie! Na największą aprobatę zasłużyła Ridley, ale wyróżnić należy również Serkisa i Nyong’o za fenomenalne kreacje zagrane w technologii motion capture, jak zwykle niezawodnego Isaaca oraz… BB-8, nieco przesłodzonego droida, który dodaje produkcji humoru bawiącego starych i młodych! Okrągły robot to nie jak wydawałoby się maskotka Przebudzenia Mocy, a pełnoprawny bohater, któremu powierzona została arcyważna misja. Główny antagonista Kylo Ren, choć z pozoru wydaje się „bad assem” z krwi i kości, nie jest typowym szwarccharakterem, a rozdartym w sobie wojownikiem, przez którego przemawia duża pyszałkowatość i zbytnia pewność siebie. Jego osobowość może nieco rozczarować fanów, którzy liczyli na drugiego Dartha Vadera. Zawieść może również postać Kapitan Phasmy, w którą wciela się znana z serialu „Gra o Tron” Gwendoline Christie. Postać jest na tyle bezwartościowa dla całej historii, że nie zrobiłoby różnicy gdyby twórcy wykreślili ją ze scenariusza Na drugim roi się znów od nowo przedstawionych stworzeń oraz detali, dla których pewnie wielu fanów uda się do kin niejednokrotnie!

Rey i Finn

Zobacz również: Wiemy, kto zagra Dartha Vadera w filmie „Łotr Jeden. Gwiezdne wojny – historie”!

Jak można było się spodziewać, Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy to audiowizualna uczta. Dość mocno rzucają się w oczy zdjęcia zrealizowane w artystycznym stylu Abramsa. Oczywiście nie mogło zabraknąć słynnych flar oraz długich, płynnych ruchów kamery okrążającej postacie. Znów podziwiamy to, do czego przyzwyczaiły nas obie trylogie: znakomite pościgi, pełne napięcia bitwy, strzały z blasterów i spektakularne natarcia X-Wingów. Najwyższy poziom w dużej mierze praktycznych efektów specjalnych jest tutaj niekwestionowany. Epickości widowisku dodała fantastyczna muzyka Johna Williamsa, będąca kompozycją kultowych motywów z całkiem nowymi utworami.

J.J. Abrams wspominał już parokrotnie o tym, że odchodzi od niesamowicie szybkich starć na miecze świetlne z prequel trilogy, chcąc uczynić walki szermierzy znacznie bardziej przypominającymi konfrontacje rewolwerowców. Przyznać należy, że słów swoich dotrzymał. Poziom napięcia i siły wyrazu chociażby finałowego pojedynku stoją na równym poziomie z najlepszymi tradycjami walk na miecze świetlne z pamiętnych starć ze starej trylogii, jednocześnie śmiało korzystając ze zdobyczy najnowszej technologii. Bez przesadnej szybkości, od której oczy mogą zaboleć, ale i z odpowiednim wyczuciem, by nie przeholować w drugą stronę. Aplauz należy się dla Adama Drivera za świetne wyszkolenie. Myślę, że zdradzenie Wam, że Kylo Ren popisuje się w filmie bardzo widowiskowym stylem walki, nie będzie dużym spoilerem.

Kylo Ren

Gwiezdne wojny: Przebudzenie Mocy to godna kontynuacja jednej z najbardziej kultowych serii w historii kina. Film nie tylko nie popełnił katastrofalnych błędów nowej trylogii, ale także niemal perfekcyjnie rozpoczął nowy cykl. Wszyscy zatem ci, którzy obawiali się, że czeka nas rozczarowanie podobne do tego, które doświadczyliśmy przy Mrocznym Widmie, mogą odetchnąć z ulgą i ruszać do kin! J.J. Abrams wykonał tak wielki kawał dobrej roboty, że martwić może fakt jego nieobecności na stołku reżysera kolejnych epizodów. Miejmy nadzieję, że Colin Trevor, którego fanowskie podejście do Parku Jurajskiego zdołało wskrzesić serię w Jurrasic World, nie okaże się fanem Jar Jar Binksa… Największym atutem Przebudzenia Mocy jest bez wątpienia atmosfera tajemnicy. Pomimo wielu ciekawych dodatków do wydania Blu-ray produkcja nie rzuca światła na wszystkie niewiadome. Ujawnienie jednego sekretu rodzi kolejne, które przysłania intrygująca jak nigdy Ciemna strona…

Redaktor naczelny

Założyciel i właściciel Movies Room. Z wykształcenia prawnik i certyfikowany mediator sądowy . Redaktor naczelny, grafik i account manager. Gustuje w kinie rozrywkowym jak i w filmach, po których psychikę trzeba zbierać z podłogi. Fan Batmana, Dartha Vadera, Geralta z Rivii i innych "bad-assów" popkultury.

Odpowiedzialny za koordynacje zespołu, public relations, marketing oraz publicystykę wszystkich działów.

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?