MFF Nowe Horyzonty: Historie równoległe – recenzja filmu. Krótki film o irytacji
Hanna Kroczek,
3 sierpnia 2026
Porywając się na realizację filmu inspirowanego twórczością Krzysztofa Kieślowskiego, trzeba mieć świadomość, jak trudne jest to wyzwanie. Jeden z najwybitniejszych polskich i europejskich reżyserów na trwałe zapisał się w historii kina. Jego dokumentalne początki z czasem ustąpiły miejsca rozbudowanym fabułom, w których losy bohaterów splatały się w nieoczywisty sposób, tworząc wielowymiarową refleksję nad przypadkiem, moralnością i ludzkimi wyborami.
Szczególne miejsce w jego dorobku zajmuje Dekalog, zrealizowany wspólnie z Krzysztofem Piesiewiczem – jedno z najważniejszych dzieł polskiego kina. Cykl dziesięciu filmów, luźno inspirowanych Dziesięcioma Przykazaniami, tworzy zamknięty świat warszawskiego osiedla. Jego mieszkańcy zmagają się zarówno z codziennością schyłkowego PRL-u, jak i uniwersalnymi dylematami moralnymi. Choć każda część opowiada odrębną historię, razem układają się w spójną mozaikę ludzkich doświadczeń.
Asghar Farhadi postanowił zmierzyć się z tym dziedzictwem, tworząc film inspirowany Krótkim filmem o miłości. Jak mu poszło? Marnie.
fot. kadr z filmu Historie równoległe
Reżyserowi trzeba jednak oddać jedno – sporego talentu wymaga zamienienie subtelnej opowieści o miłości, obsesji i samotności w historię przypominającą turecką telenowelę. Tam, gdzie Kieślowski operował ciszą, niedopowiedzeniem i emocjonalną precyzją, Farhadi wybiera melodramatyzm, dosłowność i coraz mniej przekonujące rozwiązania fabularne.
Narracja prowadzona jest z kilku perspektyw: pisarki, jej młodego pomocnika, bohaterów powstającej powieści oraz sąsiadów – małżeństwa zajmującego się tworzeniem efektów dźwiękowych do filmów. Taki układ wyraźnie nawiązuje do konstrukcji Dekalogu, jednak zamiast budować wielowarstwową opowieść, sprawia wrażenie scenariuszowej sztuczki. Powiązania między postaciami wydają się wymuszone, podczas gdy u Kieślowskiego tworzyły poczucie wspólnoty i subtelnej zależności między ludźmi.
Jeszcze bardziej problematyczne okazują się liczne zapożyczenia z Krótkiego filmu o miłości. Lornetka, rozlane mleko, zabawa odbitym światłem czy telefon po służby ratunkowe nie funkcjonują jako twórcze reinterpretacje, lecz jako dosłowne odwołania. Zamiast prowadzić dialog z oryginałem, przypominają listę obowiązkowych motywów, które należało odhaczyć.
Pomocnik pisarki miał być prawdopodobnie najbardziej niejednoznaczną postacią filmu. Przedstawia się jako pisarz, tworzy własną narrację i nieustannie odgrywa kolejne role, zacierając granicę między fikcją a rzeczywistością. Problem w tym, że zamiast fascynować, jego performatywność szybko zaczyna irytować. Trudno uwierzyć w tę kreację, bo bardziej przypomina scenariuszowy koncept niż prawdziwego człowieka. W efekcie historia, która u Kieślowskiego opierała się na niuansach, symbolach i znaczących niedopowiedzeniach, traci niemal całą swoją głębię. Zamiast pozostawiać widzowi przestrzeń do interpretacji, film prowadzi go za rękę, zamieniając subtelność w melodramatyczną dosłowność.
fot. kadr z filmu Historie równoległe
Równie rozczarowująca pozostaje warstwa wizualna. Każda scena spowita jest ciemnym filtrem, który ma budować atmosferę tajemnicy i melancholii. Efekt okazuje się jednak odwrotny. Zamiast wzmacniać emocje, filtr nieustannie przypomina o swojej obecności, stając się kolejnym elementem odciągającym uwagę od bohaterów i ich historii.
Słyszałam wiele głosów, że Historie równoległe oceniane są zbyt surowo. Według części widzów film przegrywa przede wszystkim dlatego, że porównuje się go z Kieślowskim, a jego twórcy od początku byli skazani na starcie z legendą. Zupełnie się z tym nie zgadzam. To sami twórcy zaprosili do tego porównania. Historie równoległe wzbudziły zainteresowanie właśnie dlatego, że otwarcie odwołują się do twórczości Kieślowskiego. Farhadi wielokrotnie mówił o swoim podziwie dla polskiego reżysera i o pomyśle, który dojrzewał w nim przez lata. Trudno więc oczekiwać, by widzowie oddzielili oba filmy grubą kreską, skoro cała kampania promocyjna i medialna narracja konsekwentnie podkreślały tę zależność.
Czy bez tego kontekstu film zostałby oceniony lepiej? Być może. Nie zmieniłoby to jednak faktu, że pozostałby po prostu przeciętnym, nijakim dramatem obyczajowym, któremu brakuje zarówno emocjonalnej głębi, jak i własnej tożsamości. A to już problem, którego nie da się zrzucić na Kieślowskiego ani jego wielbicieli.
Absolwentka dziennikarstwa, studentka kulturoznawstwa. Miłośniczka szeroko pojętej popkultury. Fanka filmów Marvela, krwawych horrorów i Szekspira. Członkini Zespołu Edukatorów Filmowych oraz KinoSzkoły. Uwielbia festiwale filmowe i targi książki oraz pracę z dziećmi
Tego się po prostu dobrze słucha wewnętrznie.To jeden z tych materiałów, które mimo prostoty wciągają. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Widać, że ktoś tu nie tylko pisze, ale też dogłębnie przemyślał temat.
Mary Rivera, filipińska aktorka znana fanom Marvela jako babcia Neda w filmie Spider-Man: Bez drogi do domu, zmarła w wieku 82 lat. Choć pojawiła się tylko w jednej scenie, jej występ przeszedł do historii dzięki jednej z najbardziej pamiętnych chwil w całym Kinowym Uniwersum Marvela.
Tego się po prostu dobrze słucha wewnętrznie.To jeden z tych materiałów, które mimo prostoty wciągają. Ciekawie udało się zachować ten balans między osobistym tonem a konkretem. Widać, że ktoś tu nie tylko pisze, ale też dogłębnie przemyślał temat.