Advertisement



Pewnego razu… w Hollywood – gorąca recenzja filmu Quentina Tarantino z Cannes!

Film Tarantino numer dziewięć musiał trafić do Cannes. Traktowany tutaj jak bóg od czasu Pulp Fiction reżyser mógłby przywieźć na festiwal cokolwiek. Szczególnie dwadzieścia pięć lat od premiery filmu, który przyniósł mu Złotą Palmę. I tak spotkałby się z gorącym przyjęciem. Pewnego razu… w Hollywood to taka bajka, osadzona w końcu lat 60. w fabryce snów. List miłosny do kina i o kinie, któremu nie można odmówić wdzięku, ale trudniej się w nim zakochać.

W każdym ze swoich filmów Tarantino raz po raz udowadnia, że jest kinofilem, a miłość do ruchomych obrazów przekuwa na nowe produkcje. Zazwyczaj jest to zabawa z gatunkami, ale w Pewnego razu… w Hollywood reżyser postanowił osadzić akcję swojej historii właśnie w świecie filmu. Jego bohaterami są z jednej strony prawdziwi ludzie kina, z drugiej – funkcjonujące obok nich fikcyjne wytwory. Co ciekawe, ta druga grupa wyszła mu o wiele bardziej realistycznie niż ta pierwsza.

Zobacz również: Pewnego razu… w Hollywood – nowy zwiastun! Al Pacino w pierwszych scenach!

Akcja filmu rozgrywa się w Hollywood w 1969 roku. Do Miasta Aniołów przybywa “polski książę” Roman Polański (Rafał Zawierucha z jedną linijką teksu recytowanego do psa) ze swoją żoną Sharon Tate (Margot Robbie). Ekscentryczna para zamieszkuje w ekskluzywnej części miasta tuż obok willi aktora Ricka Daltona (Leonardo DiCaprio), którego szczytem popularności był udział w serialu westernowym Bounty Law. Po tym, jak emisja serialu dobiegła końca, Rick znajduje się w trudnym miejscu w swojej karierze. Nie dostaje głównych roli, grywa w filmach wojennych, odgrywa epizody w telewizji, ale nikt nie chce obsadzić go jako protagonistę – zawsze gra tego złego. Według agenta Marvina Schwarzsa (Al Pacino) jest to zmierzch jego sławy. Wybawieniem ma być udział w spaghetti westernach, gdzie aktor mógłby rozwinąć skrzydła.

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

DiCaprio oddaje wszystkie odcienie gwiazdy, która przechodzi kryzys. Jest niepewny swojego statusu. Za dużo pije. Powątpiewa w swoje umiejętności. Jest wokół siebie niezwykle krytyczny, ale potrafi też z dumą patrzeć na swoje role na małym i dużym ekranie. Ale oprócz próżności jest w nim jakaś niewinność – na widok Polańskiego reaguje jak mały chłopczyk, który właśnie zobaczył swojego idola.

Cieniem Ricka jest jego dubler i kaskader – Cliff Booth (Brad Pitt). Ich relacja jest trochę przyjacielska, a trochę przypomina stare małżeństwo. Cliff zajmuje się domem aktora, jeżeli akurat nie pracuje w swoim fachu (co Rick stara się mu zapewnić), dowozi i przywozi go z planów (bo Daltona stracił prawo jazdy za jazdę po pijaku), dopinguje i motywuje, gdy ten ma chwile zwątpienia. Grany przez Pitta mężczyzna to postać fascynująca i tajemniczna, nigdy do końca nie odkrywa swoich kart. Poznajemy po trochu jego historię (oskarżono go o zabicie żony), kilka razy widzimy, jak doskonały jest w swoim fachu i że ma pewien kodeks moralny. A żeby tego było mało, Cliff opiekuje się mądrym mastifem. Czy można nie ufać facetowi, który kocha zwierzęta?

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Obydwaj aktorzy są w swoich rolach fenomenalni, ale nie są w tym jedyni. Właściwie każdy z pojawiających się, nawet w drugim planie na kilka minut, stara się pokazać z jak najlepszej strony. A ilość gwiazd, które wzięły udział w tej produkcji, wywołuje zawrót głowy.

Rozbite na dwie linie fabularne Pewnego razu… w Hollywood składa się z małych scen, które istnieją tylko dlatego, że tak wymyślił sobie Tarantino. Ani sekwencja pojedynku Bootha z Brucem Lee (Mike Moh), impreza w posiadłości Playboya (Daniel Lewis wciela się w Steve’a McQueena), zdjęcia do westernu, który kręci Rick (występują w nim między innymi Luke Perry i Scoot McNairy), albo motyw z Sharon Tate wybierającą się do kina, żeby zobaczyć swój własny film, nie posuwają akcji do przodu. Tarantino lubuje się w takim konstruowaniu świata (pamiętamy kultową scenę o McDonaldzie w Pulp Fiction albo rozmowę o Madonnie we Wściekłych psach) i kilka z nich jest tutaj wprost fenomenalnych. Dygresja goni dygresję szczególnie w momentach, gdy któraś z postaci odwołuje się do jakiegoś filmu czy wydarzenia – zdaje się, że Tarantino czerpał ogromną przyjemność z realizacji tych którkich fragmentów, bo są one świetne. Niestety, nie wszystkie sceny działają tak, jak powinny – puenta nie zawsze jest tak mocna, jakbyśmy tego oczekiwali, humor również wydaje się chybiony. Wiele sekwencji zostało zrobionych tylko po to, żeby pokazać stopy bohaterek filmu – a to Sharon wystawia je w kinie (!) na siedzeniu, a to nastolatka, którą podwozi Cliff na farmę sekty Mansona prowokacyjnie wywala je na deskę rozdzielczą. Jasne, w pewien sposób jest to dobra zabawa i fani Quentina będą zachwyceni. Ale nawet niżej podpisany od czasu do czasu ziewnął, czkając na to co, wydarzy się dalej.

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Nie jest tajemnicą, że historia w Pewnego razu… w Hollywood zmierza w kierunku tragicznych wydarzeń latem 1969 roku, gdy posiadłość Polańskiego zaatakowali członkowie kultu Masona. Tutaj – zgodnie z prośbą reżysera – zakończę zdradzanie fabuły filmu. (Powiem tylko, że bez finału film traci dość dużo w moich oczach.) Z wielu powodów jest to data uważana za symboliczną. Zwiastuje ona koniec “lata miłości”, hipisowskiej niewinności, która miała swoje apogeum w Woodstock. Jest to również koniec pewnej epoki w kinie. Do lamusa przechodzą kowboje, jakich kochała popkultura w latach 50. i 60. Telewizja staje się coraz popularniejszą formą rozrywki, a grające praktycznie wszędzie odbiorniki telewizyjne stają się codziennością Amerykanów. Reżyser prowokująco pyta – na swój przewrotny sposób – czy wszechobecna przemoc, którą karmi widzów telewizja, może być szkodliwa. Jest to dyskusja, którą prowadzimy przecież do dziś.

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Pewnego razu… w Hollywood / fot. materiały prasowe

Tarantino odwołuje się do tych czasów z wielką nostalgią – i to nie pierwszy raz. Wspaniale oddane wystroje wnętrz, stroje, fryzury, neony na Bulwarze Zachodzącego Słońca, radiowe jingle i ta nieśmiertelna muzyka. Przeboje Neila Diamonda,  Vanilla Fudge czy duetu Simon i Garfunkel mocno i przyjemnie kołyszą cały obraz. Rozświetlony ciepłymi barwami film przywodzi na myśl właśnie filmy z tamtych czasów. Nikt, tak jak twórca Jackie Brown, nie potrafi równocześnie cytować klasyki, jak i tworzyć czegoś zupełnie nowego.

Zobacz również: Toy Story 4 z finałowym zwiastunem!

Galowa projekcja Pewnego razu… w Hollywood zakończyła się w Cannes sześciominutową owacją na stojąco dla ekipy filmu. Czy znaczy to, że Tarantino dostarczył tutaj swój najlepszy w karierze film? Nie. Na pewno jest to na tyle satysfakcjonująca produkcja, uratowana szokującym finałem, że jesteśmy w stanie wybaczyć wiele jej twórcy. Bo wiemy, że będzie nas w stanie jeszcze nie raz zaskoczyć.

Polska premiera Pewnego razu… w Hollywood przewidziana jest na 9 sierpnia.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Aragorn88 pisze:

Widzę podwyższyłeś ocenę z 70 na 80 🙂 Ładnie

Świetna recenzja jak zawsze. Szanuję, podziwiam, często czytam:)

Raiven pisze:

Panie redaktorze, chyba mało Pan wie jednak o Tarantino skoro pisze Pan, że jeszcze nie raz nas zaskoczy. A od dawna wiadomo iż reżyser od dawna mówi, że na 10 filmie ma zakończyć karierę (gdzie Pewnego razu jest jego 9 filmem)….

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?