Aquaman – recenzja najbardziej kolorowego filmu DC!

Dawno Was DC nie było. Przez wcześniejsze osiągnięcia zdążyliśmy o tym uniwersum zapomnieć. W dodatku nie można powiedzieć, żeby było nam z tym źle. Było kilka filmów, kilka szans, jednak każda powiększała nie tyle naszą frustrację, co raczej coraz silniejsze wzruszenie ramion. Włodarze Warnera i DC dali więc sobie czas na przemyślenie sytuacji, a wraz z końcem roku, ostatnim już dzwonkiem, zalewają nasze kina Aquamanem. Jednak na jego widok też mam ochotę pojechać Shanią Twain, która reagowała w wymowny sposób na swojego naukowca, czy nawet Brada Pitta. So, you’re Aquaman? That don’t impress me much.

Zobacz również: Venom – recenzja filmu

Wszystko tu zostaje postawione na szali. Choć film ma tylko jednego superherosa, gra absolutnie wszystkimi kartami, jakie tylko ma w talii. Aquaman chce być konkurencją nie tylko dla innych przedstawicieli gatunku superhero. Mamy tu Indianę Jonesa, Jurassic Park, Prince of Persia, Jamesa Bonda i wiele innego, upchnięte w jeden, bardzo długi film. James Wan wyrzuca na stół wszystko, tworząc zdecydowanie największy film, jaki do tej pory powstał w Warnerowym uniwersum. Czy to dobrze? No nie do końca.

fot. Warner Bros.

Ten cały kocioł ma bowiem ogromne problemy z określeniem się. Dotyczy to świata, dotyczy to poszczególnych scen, dotyczy to bohaterów. Raz jest śmiertelnie poważny, innym razem idzie w kolorową naparzankę rodem z ubiegłorocznych filmów MCU, by zaraz wpuszczać na pierwszy plan wątek romansowy. Każdy z nich nie tyle nie wybrzmiewa, ile raczej ginie w natłoku całej reszty. Jason Momoa dał już nam się poznać, mimo że bardzo niewiele o jego bohaterze wiedzieliśmy, jako gwiazda tego uniwersum, tutaj jednak sprawia wrażenie błądzącego we mgle. Czasem rzuci niezłym żartem, czasem wejdzie w skórę mściciela, innym razem już musi się zakochać. Natłok wszystkich ekranowych wydarzeń przytłacza jednak i jego. Ma się wrażenie, że po skończeniu zdjęć do tego filmu musiał naprawdę głęboko odetchnąć. Tak samo zresztą, jak widzowie po zobaczeniu napisów końcowych.

Zobacz również: Ile wiesz o DC? Sprawdź się w naszym quizie!

Rzecz, która trawiła wszystkie filmy DC, nie jest obca również Aquamanowi. Mamy tu kilka scen, w których bohaterowie wchodzą w ciekawe interakcje. Ma się wrażenie, że konkurencja skorzystałaby z tego, aby dorzucić kilka linijek charakteryzujących naszych przebierańców. Tu jednak w kluczowym momencie jest bum (dosłownie), gaz w podłogę i musimy znowu obijać sobie gęby. Dodajmy do tego masę dialogów ekspozycyjnych, w których ktoś wyjaśnia widzowi coś, co powinien raczej nieśmiało pokazać, a mamy obraz, z czym mamy do czynienia. To nie są dialogi, które ktoś nominuje do nagród.

fot. Warner Bros.

Przepych i rozmach w największym stopniu dotyczy scen akcji, co akurat trzeba zapisać filmowi na duży plus. Nasza Atlantyda jest ogromna, podzielona na kilkanaście pomniejszych królestw, w których co prawda trudno się połapać, ale nie przeszkadza to skakać po nich w ekspresowym tempie. Widać jednak, że gdzie by się nasi bohaterowie nie tłukli, ma to power, którego do tej pory filmom DC brakowało. Czy jest to prawdziwa Sycylia, czy królestwo kolejnej nacji dziwnie wyglądających gadających płazów, ogląda się to przyjemnie. Czasem może jest trochę za długo, ale to akurat zarzut, który dotyczy nie tylko walk. W porównaniu do poprzedniego dorobku DCEU tu kolorów jest mnóstwo. Jeśli koniecznie chcecie Aquamana zobaczyć, zróbcie to w IMAXie. Tym razem nie będziecie musieli patrzeć na biedotę efektów, która raziła w takim Justice League czy Wonder Woman, nawet mimo budżetu.

Zobacz również: Chyłka – Zaginięcie: teaser serialu na podstawie powieści Remigiusza Mroza

Jeśli ktoś spyta mnie, czy jest to najlepszy film, jaki DCEU zaserwowało nam do tej pory, nie wiem, czy zaprzeczę. Problem w tym, że powstał w momencie, w którym mój entuzjazm związany z tymi  dziełami przy wchodzeniu na salę kinową jest bliski zeru. Nawet mimo faktu, że to właśnie Aquaman był produkcją, która na papierze miała chyba największe szanse się obronić. James Wan za kamerą (choć niestety widać, że kiedyś kręcił Szybkich i wściekłych, co tu pasuje jakby mniej), Momoa jako główny protagonista i cały świat do wykreowania. Oglądanie tego jest jednak cały czas jak czekanie kibiców Manchesteru United po Alexie Fergusonie. W teorii jest dużo dobrego, w praktyce ciągła stagnacja. Jak u tej Shanii Twain, możesz być Bradem Pittem, ale to nie sprawi, że zrobi mi się gorąco w środku nocy…

Zdaniem innych redaktorów:

Redaktor

Z zawodu publicysta. W redakcji Movies Room recenzuje filmy już od 2015 roku. Uwielbia produkcje Pixara, "Wesele" Smarzowskiego i Breaking Bad.

Kontakt pod [email protected]

Twitter: xkolek1

Więcej informacji o
, ,

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?