Eter – recenzja skutecznego środka nasennego

Cesarz Zanussi jest jednak prawdziwym człowiekiem ze stali. A może bardziej dżentelmenem z tytanu, bo artystyczny monarcha rodzimej kinematografii na tak nieszlachetne porównania prawdopodobnie zareagowałby wysmakowanym epitetem. Ale to jego niezmordowanie napawa jednak pewną estymą – wiele lat po swoich największych osiągnięciach, święcących triumfy jeszcze przecież przed polską transformacją, Cesarz z niesłabnącą częstotliwością stara się wydać na świat kolejne nie tylko Ważne, ale i Wielkie dzieło, niestety z roku na rok budząc coraz to większe wyrazy politowania. Eter jest może obrazem bardziej spełnionym niż Obce ciało, ale to osiągnięcie nietrudne do sprostania większości jego podopiecznych z katowickiej filmówki.

Eter

Fot. materiały prasowe

Najnowsze dzieło Zanussiego to standardowa już dla niego zabawa w strukturach wcześniej stworzonych kinematograficznych kryształów. Jak to zwykle Eter po raz kolejny portretuje rzeczywistość zdehumanizowaną, wypełnioną ucieleśnionymi ideami, które w zamkniętej przestrzeni zderzają ze sobą filozoficzne poglądy dla intelektualnej satysfakcji reżysera. Tym razem odrdzewiając mit Fausta stara się wysnuć przedwojenną opowieść o obezwładniającej pasji i zaniku moralnych wartości. Kończy jednak brodząc w mętnych warstwach banałów i przekładania na filmowe dawno wysłużonych dylematów, które jego zdaniem do współczesności, tej złej, wyniszczonej mentalnie nowoczesności, pasują jak ulał. Szkoda jednak, że wykorzystuje do tego klasyczne dla siebie podmiotowe niezróżnicowanie i nastoletnie podporządkowanie się ideom rozciągnięte na obraz całej eterowskiej rzeczywistości. Odsączone osobowości w Eterze mają tu w zamyśle obrazować wyższość przystawalności do realiów kolejnych historiozoficznych postulatów, w praktyce jednak odciągają jedynie emocjonalnie od problematycznej osi filmu. Ta, spowolniona do granic nieustannej powtarzalności może uwidacznia odbiorcy zawiłości prezentowanych konfliktów, ale po pewnym czasie prędzej męczy i zawodzi nieustannym traktowaniem widza ze standardową ostatnio dla Zanussiego wyższością.

Eter

Fot. materiały prasowe

Naprawdę szkoda, że Wielkość postulatów Cesarza pod jedwabną podszewką intertekstualności i cytowania wprost Comte’a oraz jego przeciwników finalnie ogranicza się do dziadziowego pouczenia o wartościach płynących z bycia dobrym. Okropnie zagrany z każdej strony Eter, dobity dodatkowo boleśnie zaaplikowanym dubbingiem nawet gdy ciekawie wypada w próbach krytycznego łączenia różno-epokowych myśli, to prędko przekreśla to niezamierzoną autoparodią skryptu i absurdem pretekstowej, ale jednak centralnej dla filmu intrygi. Rozegrany w nieustannie zapętlonych rozmowach protagonisty z przełożonym, napstrzony efektowną symboliką z odzysku, film Zanussiego wpada w nieplanowany Dzień świstaka, w którym kluczowe dla intrygi zmiany spadają niemalże z nieba, a wzajemne knucie pozbawione jest realnych motywacji, służąc jedynie do popchnięcia bohatera w ramiona niesprzyjających sytuacji. W ich obliczu cały chaotycznie pocięty obraz powinien stać się nieudaną fabularnie, ale może chociaż bogatą merytorycznie tak uwielbianą przez Zanussiego życiową filozoficzną dysputą nad naturą zła i ceną obezwładniająch pragnień.

Eter

Fot. materiały prasowe

Z drugiej jednak strony trudno nawet Eter jakkolwiek moralnie rozpatrywać; mimo początkowych nadziei na tak oczywistą, ale chociaż sensownie spuentowaną odpowiedzialność za grzechy i paciorkowe “nie bądź zły, bo źle skończysz”, najnowszy film Zanussiego odpływa w rejony ideologicznej ambiwalencji. W jej wyniku finalnie każda filmowa postać cierpi, a ich moralna natura traci na jakimkolwiek znaczeniu, podczas gdy publiczność gubi się w wątkach, wymowach i niewartych interpretacjach, od pewnego momentu kierowana już tylko autopilotem sugestywnej ścieżki dźwiękowej. Tak dziwaczny zabieg czyni Eter nie tylko ślepo sklejonym z mnogich prądów bezsensnem, ale przede wszystkim bezrozwojowym dla swoich postaci (oraz widzów) marszem w kółko. Zakrojony Goethem i obsmarowany masłopodobnym filtrem taniego vintage, film Zanussiego zadaje pytania w sklerozie zapominając o odpowiedziach, zabija i tak tandetną metafizykę dosłownością, a mnogość dyskutowanych przez siebie szeroko postaw sprowadza do jednakowego cierpiętniczego końca w skutek bezsenownej, nieuporządkowanej narracyjnie drogi. Albo coś komuś nie wyszło, albo Cesarz na starość zwątpił, a jeśli tak, to szkoda kręcić o tym tak nudne, bezideowe testamenty.

Zdaniem innych redaktorów:

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?