Od trzech lat Sandrę Hüller na wielkim ekranie możemy oglądać dość często. Jeśli nadal mają to być takie filmy i role jak w przypadku Róży – niech będzie ich jeszcze więcej.
Róża – recenzja
Markus Schleinzer przez długi czas był związany z branżą filmową jako aktor oraz reżyser castingu. Jednak fani kina festiwalowego mogą kojarzyć Austriaka przede wszystkim jako reżysera filmów Michael z 2011 roku oraz Angelo z 2018. Po ośmiu latach przyszedł czas na jego kolejną produkcję z imiennym tytułem – Rose z Sandrą Hüller w roli głównej, która została doceniona Srebrnym Niedźwiedziem na tegorocznym festiwalu Berlinale. Możliwe, że to właśnie ten sukces przyczynił się do tego, że dzieło Schleinzera w końcu doczeka się polskiej dystrybucji kinowej. A mnie to bardzo cieszy, bo sama miałam okazję obejrzeć Różę na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym Nowe Horyzonty i uważam, że ten film zasługuje na szerokie grono widzów.

fot. zwiastun filmu Róża
Róża przenosi nas na XVII-wieczną niemiecką wieś, w której liczą się dwie rzeczy: wspólnota i jej wewnętrzne zasady. Już na początku filmu porządek małej społeczności zostaje zaburzony – do bezpańskiej nieruchomości, prosto z frontów wojny trzydziestoletniej, przybywa żołnierz twierdzący, że jest spadkobiercą ziemi. Mieszkańcy z początku nieufni, zaczynają mu wierzyć, gdy przybysz opisuje okolicę z czasów dzieciństwa. Nieznajomy dość szybko staje się „panem”, zyskując nie tylko ziemię, ale także szacunek wśród wiejskiej społeczności. Żołnierz skrywa jednak tajemnicę – choć faktycznie walczył na wojnie, jest jedynie – a może aż – kobietą udającą mężczyznę.
Jeszcze kilka lat temu określano by to mianem „gender”, teraz niektórzy nazwaliby to jako „woke”. Jednak nic z tych rzeczy – Rose, główna bohaterka, wcale nie marzy o tym, by stać się mężczyzną. Jej wybory nie są podyktowane dysforią płciową, tylko pragnieniem wolności, którą zyskiwała dzięki noszeniu spodni. Chce móc robić to, co mogą inni mężczyźni – posiadać ziemię, pracować na rzecz wspólnoty i mieć swobodę decydowania o własnym losie, na co kobiety w tamtych czasach nie mogły sobie pozwolić. Film Schleinzera, choć osadzony został w dość szczególnym miejscu i czasie, pokazuje uniwersalną prawdę: każdy z nas czuje potrzebę przynależności i jednocześnie każdy chce żyć na własnych warunkach.

fot. zwiastun filmu Róża
Jak mówi reżyser, film nie przedstawia autentycznej historii, jednak nie jest to do końca fikcja. Podobno pomysł na tę produkcję zrodził się, gdy Schleinzer przeczytał artykuł o kobiecie, która – niczym główna bohaterka – żyła, udając mężczyznę. Twórca zagłębił się w ten temat i okazało się, że takich przypadków udokumentowano setki. Nie da się jednak stwierdzić, ilu kobietom udało się zabrać swój sekret do grobu. Myślę, że w tym kontekście Róża staje się jeszcze ważniejsza, ukazując, że od dawna zamiast skupiać się na realnych potrzebach ludzi, patrzymy tylko na sztywne zasady, które nie zawsze mają sens.
Choć pod względem wizualnym Róża zrealizowana jest w czarno-białej kolorystyce, cały film już taki czarno-biały nie jest. Z jednej strony można powiedzieć, że mamy tu do czynienia ze slow cinema, obserwując spokojne wiejskie życie. Ujęcia często są długie i dopracowane, a scenariusz się nie śpieszy. Z drugiej jednak strony główna bohaterka skrywa tajemnicę, więc w tym całym pozornym spokoju pojawia się również ciągłe napięcie: czy jej sekret się wyda? A jeśli tak – jakie będą konsekwencje? Schleinzerowi udało się sprawnie połączyć oba style, idealnie dozując emocje.

fot. materiały prasowe Gutek Film
Last but not least – mówiąc o Róży, nie mogę nie wspomnieć o genialnej Sandrze Hüller, która wciela się w główną bohaterkę. Zapewne jak wiele osób ja również zwróciłam na tę aktorkę uwagę, dopiero przy Anatomii upadku i mam wrażenie, że każda jej kolejna rola jest jedynie potwierdzeniem jej talentu. W kinematografii zdarzały się już przypadki, kiedy to aktorki grały męskie role, jak chociażby Cate Blanchett w I’m Not There. Gdzie indziej jestem czy Krystyna Feldman w filmie Mój Nikifor. Hüller jednak nie gra bezpośrednio męskiej postaci – wciela się w kobietę, która wciela się w mężczyznę. To aktorskie wyżyny, na które jednak aktorka wspina się bez trudu. Za rolę Róży ma na swoim koncie już Srebrnego Niedźwiedzia, ale kto wie, może to dopiero początek – w końcu sezon nagród jeszcze długo przed nami. A ja mocno trzymam za to kciuki.
Dla mnie Róża to jeden z najlepszych filmów tegorocznych Nowych Horyzontów. Świetnie wypada pod względem wizualnym, aktorskim (choć poza Sandrą Hüller występują w nim również amatorzy!) i merytorycznym, ukazując ludzkie pragnienia oraz nonsens niektórych zachowań. Jednocześnie dostajemy sporą dawkę folkloru. Czego chcieć więcej? Ja chcę jednego – żeby Róża nie została pominięta w sezonie nagród.
Więcej recenzji kina festiwalowego na Movies Room:
Agata Magdalena Karasińska
Zakochana w filmach i muzyce, a także ich połączeniu w postaci musicali. Pierwszą część Harry'ego Pottera oglądała prawdopodobnie, zanim nauczyła się mówić. Typowy geek, którego mieszkanie pełne jest figurek, plakatów kinowych i płyt CD.