Advertisement
Advertisement

El Camino: Film „Breaking Bad” – recenzja filmowej kontynuacji jednego z najlepszych seriali wszechczasów

W znanym i lubianym programie Top Gear prowadzący posiadali kiedyś Cool wall, czyli ścianę fajnych samochodów. Podzielili ją na cztery części, od Seriously un cool dla fajnych najmniej, po Sub zero dla tych najpiękniejszych. W jednym z odcinków zastanawiali się, gdzie powinien znaleźć się na niej Aston Martin DB9. Jeremy Clarskon uznał, że jest to model na tyle specjalny, że powinien on dostać własną sekcję, przez co spoczął w lodówce podpisanej jako DB9 Section. Bardzo podobne miejsce w moim serduszku ma serial Breaking Bad, który był czymś więcej niż tylko kolejnym seansem. Był narkotykiem, którego koniec spowodował pustkę i zwyczajny smutek. Dlatego też pewnie nie obraziłbym się na Vince’a Gilligana, gdyby przy okazji premiery filmowej kontynuacji uraczył nas po prostu dwiema godzinami nikomu niepotrzebnego fan serwisu. Na szczęście nie zrobił tego, swoje dzieło życia pięknie dopełniając. Tworząc coś, co może własnej sekcji by nie dostało, jednak spokojnie może wisieć jako Sub zero.

El Camino najpiękniej zagrałoby, gdyby było po prostu epizodem 17. I 18. piątego sezonu Breaking Bad. O ile Walter White dostał w Felinie zamkniętą i satysfakcjonującą historię, Jesse Pinkman był jeszcze do dopełnienia. Kilka minut po ostatniej finałowej masakrze zaczynamy więc następną historię, w której młody wspólnik Heisenberga zostaje sam. Musi dokonać rozliczenia z przeszłością i zapłacić wszystkie ostatnie rachunki.

Felina to tutaj słowo klucz. El Camino w dopełnianiu oryginalnego Breaking Bad w dużej mierze odnosi się do wielkiego finału. Gdyby pokazać w którymś z rogów ekranu hashtag #GoodbyeBreakingBad i po prostu podłączyć to pod ostatni odcinek piątego sezonu, nikt nie zarzucałby rozmycia historii, a serial wciąż stanowiłby satysfakcjonująco zamkniętą całość. Film pokazuje nam, że na życiu Jesse’ego największe piętno odcisnęło największe bezpośrednie zagrożenie życia, jakim była końcówka finałowego sezonu. Naprawdę całe ochłodzenie temperatury odbioru tego filmu można zrzucić na karb tego, że film ten wyszedł nieco później. Chyba że jesteście na stałe z uniwersum, śledząc przy okazji Better call Saul.

Zobacz również: Boże Ciało – recenzja filmu Jana Komasy o Kościele, wierze i bigoterii | Venezia76

Spotkałem się z zarzutami, że jest to film niepotrzebny. Jestem w stanie się z nimi zgodzić, ale tylko połowicznie. Prawda, serial Breaking Bad dalej sam w sobie stanowi fenomenalną, suwerenną całość, jednak sposób, w jaki zrobiono El Camino, daje mu przyzwolenie na istnienie i mówiąc w przenośni, wpisanie do kanonu. Każdy fan serii Gilligana poczuje się tu jak w domu już od pierwszych momentów, od pierwszej sceny. Znowu są zachowane wszystkie elementy zarówno będące w oryginale, jak i ciągnięte bez wielkiej straty jakości w przygodach Saula. Historia jest opowiedziana powolnie, z zachowaniem tradycji. Breaking Bad to serial momentów, a El Camino to film momentów. Nie śpieszy się z opowiadaniem, cały czas systematycznie dodaje napięcia, by parę razy dać gaz w podłogę, a wtedy buźki śmieją się najbardziej. Współtowarzysze mojego seansu podczas podcastu na pewno to potwierdzą.

 

Dużo mamy tu elementów filmu skradanego. Jesse Pinkman jest ścigany i aby załatwić pozostałe sprawy będzie musiał wychodzić z cienia i znienacka. Stąd bierze się większość napięcia, jaką oferuje film. Każda tego typu scena ma swoją kulminację, dlatego też działa jako epizod pokręconej drogi Pinkmana. Poza tym jest wspomniana szczypta fanserwisu i powrót kilku starych znajomych. Nie podejrzewajcie jednak Gilligana, że wstawił te mrugnięcia okiem dla samych mrugnięć. O ile po odcinku Fly moglibyście jeszcze zwątpić, jestem tu od tego, aby takie wątpliwości rozwiać. Występy gościnne to takie muchy El Camino. Nie ma tam niepotrzebnej sekundy.

Zobacz również: Joker – recenzja filmu o największym komiksowym złoczyńczy wszech czasów | Venezia76

Powrót do świata Breaking Bad dla każdego narkomana serialu będzie więc więcej niż satysfakcjonujący. Vince Gilligan pokazał w nim, że jest twórcą, który jest wdzięczny wiernym fanom swojego dzieła tak samo, jak oni uwielbiają go za stworzenie serialowego arcydzieła w postaci serialowych przygód Heisenberga. Odpowiedział na potrzebę fanów o zanurzeniu się w tej historii jeszcze raz, a jednocześnie zrobił to, zachowując większość atutów, które ceniliśmy sobie podczas niezapomnianej przygody z ABQ. Mimo wszystko trudno jest ten film komukolwiek polecić. Jeśli ktoś nie oglądał Breaking Bad, nie ma sensu w ogóle go włączać, fani już widzieli. Mam nadzieję, że się podobało.

Redaktor prowadząćy działu recenzji filmowych

Od 2015 w Movies Room, od 2018 odpowiedzialny za działalność działu recenzji filmowych. Uwielbia Wesele Smarzowskiego, animacje Pixara i Breaking Bad. A, no i zawsze kiedy warto, broni polskiego kina.

Kontakt pod [email protected]

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?