Advertisement

Girl – przedpremierowa recenzja (chciałbym żeby) dobrego filmu na ważny temat

Chyba już czas, żeby kino LGBT w końcu wypchnięto nieco do przodu, poza szereg. Całkowicie nijaka Fantastyczna kobieta czy nastoletnio bezpieczny Twój Simon stały się, mam nadzieję, symbolami pewnego punktu przejściowego. Widzów męczyć zaczynają nieznośne klisze wykluczenia, których twórcy nijak nie potrafią przełamać; męczą te same dramaty kręcone dla zmieniających się twarzy, w których coraz trudniej odnaleźć prawdziwych ludzi, a nie tylko wyobrażenie na ich temat. Nic bowiem społecznej ważności nie szkodzi tak jak stała nieatrakcyjność prób o niej opowiadania. Girl, choć na tle wcześniej wymienionych nie wypada może spektakularnie, wygrywa z nimi wycofaną, prawie dardenne’owską wrażliwością.

Girl

Fot. materiały prasowe

Lucas Dhont, reżyserski debiutant, zaskakująco dobrze radzi sobie z filmową materią. Swoją historię o aspirującej baletnicy uwięzionej w ciele dojrzewającego chłopca udaje mu się rozegrać z łagodną, niemalże ojcowską subtelnością. Rezygnując (i chwała mu za to) z kwestii społecznej nietolerancji na transseksualizm, kreuje portret znacznie bardziej intymny i psychologicznie pogłębiony. Filmowa protagonistka Lara, fenomenalnie odegrana przez Victora Polstera, spotyka się z nienawiścią jedynie w rzuconych w afekcie uwagach z trzeciego planu, znacznie częściej zmagając się z niechęcią do samej siebie. Płciowe nieprawidłowości coraz to bardziej pogłębiają sfrustrowane zagubienie, odbijające się nie tylko na dogorywającej samoakceptacji, ale i na wszelkich dotyczących bohaterki relacjach. Newralgiczny moment dojrzewania staje się więc dla Laury obustronnie ślepą uliczką; z jednej chowanie w sobie popędów i iskierek romantyzmu prowadzące do psychicznej dewastacji, z drugiej podążanie za ciągotami ciała, z którymi żyje w niekończącym się konflikcie. Na tej osi Girl kołysze się niczym wahadło naprzemiennie ku obu skrajnościom, czyniąc zwykłe życie tak niezwykle trudnym.

Girl

Fot. materiały prasowe

Mariaż dynamiki i okupionej cierpieniem perfekcji baletu służy Dhontowi do podkreślenia wewnętrznych starć Lary, która, choć naładowana emocjami, cały czas stara się równać do tak oczywiście nieosiągalnych idełów kobiecości. Nieuniknione kompleksy jedynie uwypuklają wyobcowanie bohaterki, dla której cały świat budowany jest niekończącym ciągiem pozorów: na pozór otwarty, na pozór możliwy do dogonienia, na pozór rozumiejący i współczujący. Girl w więziennych ograniczeniach własnego ciała wynajduje jednak nieprzekraczalną niesprawiedliwość, która, abstrahując od warunków otoczenia, jest przecież zawsze wycieńczającą psychicznie tragedią. Tragedią, za którą rozeznany reżysersko Dhont ciągnie całą gamę nawarstwiających się problemów. Nagle tak twarde granice wyłamywane zostają na siłę coraz to bardziej zdesperowanymi krokami, a duszna ciasnota społecznych spojrzeń doprowadza do spędzających sen z powiek paranoi. A balet, filmowany niekomfortowymi zbliżeniami rodem z Czarnego Łabędzia Arronofsky’ego, pogłębia jedynie uczucie szaleńczego zniewolenia przez ciało, ideały, dojrzewanie.

Girl

Fot. materiały prasowe

Problemy Girl zaczyna łapać dopiero po tak czule zarysowanym tle. Przytłaczające zmagania Lary prędko u Dhonta tracą na ładunku przez wewnątrzfilmową powtarzalność i przystawanie do ogranych już wzorców. Co warto zaznaczyć, nie tylko fabularnych – tak kreatywnie wykorzystany aparat techniczno-metaforycznych powiązań przestaje fascynować, a zaczyna nurzyć z biegiem filmowego snuja. Po subtelnym rozłożeniu akcentów boli też nagłość finalnych skoków, jakby senne tempo filmu co pewien czas budziło się niezadowoloną dramatyczną furią. Jej eksplozja widoczna jest nie tylko już w bombastycznym finale, ale udało jej się zdominować się cały trzeci akt, który miał szanse znacznie intymniej domknąć tak przecież opartą o psychologiczne niuanse historię. Historię, z jednej strony ważną i ciekawie wymodelowaną, z drugiej strony, jak zwykle, tylko do pewnego stopnia. Potem już tylko upadek nieokiełznania i nudnawego przemęczenia. Czyli boli jak zwykle.

Prędzej filmowy zapaleniec niż wysmakowany kinoman, który podobną miłością darzy najnowsze produkcje Marvela i kino Wima Wendersa. W przyszłym wcieleniu chciałby być Dzikim Stworem z filmów Spike'a Jonze'a. Tymczasem jest jednak zgarbionym i troszkę nadętym nastolatkiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?