JoJo Rabbit – przedpremierowa recenzja antywojennej satyry Taiki Waititiego | BFI LFF 2019

Fura pieniędzy i nieograniczony kredyt zaufania po stworzeniu jednego z najlepszych filmów Marvela pozwoliły Taice Waititiemu zrealizować każdy film, jaki tylko sobie wymyśli. A jego wyobraźnia nie zna granic, bo JoJo Rabbit to szalona i brawurowa ekranizacja powieści Christine Leunens. I choć żart goni żart, a dowcipy latają z prędkością pocisków wystrzelanych z karabinu maszynowego, to całość zdaje się być dobrą zgrywą bez głębszej refleksji.

Dziesięcioletni JoJo (Roman Griffin Davies) cieszy się na czekające go szkolenie Hitler Youth. Z chłopca będzie mógł się przeistoczyć w mężczyznę, zacznie zabijać tych okropnych Żydów i walczyć w imię swojego idola – Fuehrera, który jest nota bene jego najlepszym, wyimaginowanym przyjacielem. Adolf (Taika Waititi) motywuje chłopca, który mimo swojego wieku nie potrafi zawiązać samodzielnie sznurówek, do “salutowania heil jeszcze lepiej!”. I to działa, bo JoJo z ochotą i energią biegnie na spotkanie ze swoim przyjacielem (kradnący każdą scenę Archie Yates), a potem na wspominany obóz szkoleniowy, prowadzony przez zawadiackiego oficera SS (Sam Rockwell). Tam dowie się, że powinien zawsze przy sobie nosić nóż, gdyby żydzi (z wyglądu przypominający diabła) mieli sprawiać jakiekolwiek kłopoty. Wtedy tylko jeden cios i kaput! Tylko czy zakochany w swastykach, ale wrażliwy chłopak potrafi kogoś lub coś skrzywdzić? Okazuje się, że nie, bo naciskany przez starszych kolegów JoJo stchórzy przed skręceniem karku niewinnemu króliczkowi. I stąd bierze się jego przydomek. A gdy młokos, namawiany nieodpowiedzialnie przez Hitlera, będzie chciał udowodnić, że niczego się nie boi, doprowadzi to do bardzo spektakularnego wypadku.

Zobacz również: JoJo Rabbit – przed wami pełny zwiastun nowego filmu Taiki Waititiego!

Otwierająca sekwencja jest żywcem wyjęta z Kochanków z księżyca Wesa Andersona. Podobne poczucie humoru, centralnie skomponowane kadry i przerysowani bohaterowie (jak choćby Rebel Wilson głosząca, że zaszczytem dla niemieckiej kobiety jest powicie osiemnastu dzieci). W poprzedzającym tą scenę montażu tytułowym Waititi igra z ogniem, podkładając pod archiwalne zdjęcia Hitlera witanego przez tłumy muzykę The Beatles (I Want To Hold Your Hand oczywiście w wersji niemieckiej!) – jest to posunięcie genialne i przezabawne. Jednak z czasem twórca filmu zaczyna się powtarzać, testując wytrzymałość dowcipów do granic. Groteskowe powtarzanie przez wszystkich Heil Hitler nie rozśmieszy nikogo, kto widział choć jeden odcinek kultowego serialu ‘Allo ‘Allo!. Stephen Merchant w roli gestapowca chyba wyrwał się z remake’u tej brytyjskiej produkcji. Zresztą przerysowany niemiecki akcent też wydaje się zaczerpnięty właśnie stamtąd.

Nie znaczy to, że film Waititiego nie jest zabawny – wręcz przeciwnie, humor jest momentami naprawdę celny (żart z owczarkami niemieckimi będzie trudny do przebicia), a twórcy nie przestają w dostarczaniu kolejnych wizualnych i słownych gagów. Kto wie, czy nie będzie to najbardziej ‘memowana’ produkcja sezonu. Watiti w roli Hitlera ma niesamowity urok, przefiltrowany przez wrażliwość dziecka pokazuje dziecinność i naiwność jego postaci, przypominając Dyktatora Charliego Chaplina. Pomysł z Fuehrerem towarzyszącym chłopcu, proponującym mu papierosy w stresujących sytuacjach i mającym idiotyczne pomysły, na dłuższą metę trochę męczy, bo brak na niego lepszego pomysłu. Niewidzialnemu Adolfowi aż do pewnego momentu brak pewnych przerażających rys pierwowzoru, a potem skwitowane są one dość drastycznym urwaniem wątku. Tu JoJo Rabbit stracił jedną z potencjalnych rys, które dodałby filmowi drapieżności. Bo tej, poza kilkoma wyjątkami, filmowi niestety brakuje.

Sam Rockwell, Scarlett Johansson i Roman Griffin Davis w filmie JOJO RABBIT / fot. materiały prasowe

Sam Rockwell, Scarlett Johansson i Roman Griffin Davis w filmie JOJO RABBIT / fot. materiały prasowe

Centralną osią filmu jest relacja JoJo z ukrywaną przez jego matkę Rosie (Scarlett Johansson) młodą Żydówką – Elsą (Thomasin McKenzie). Ich pierwsze spotkanie jest fantastyczną wariacją na motywy z filmów grozy. Żyjąca w ścianie ich domu dziewczyna oczywiście zaczyna zmieniać wyobrażenie JoJo o hipnotyzujących wzrokiem i porozumiewających się telepatycznie Żydach, choć komicznie najpierw karmi go najbardziej radykalnymi stereotypami. Film w dość prosty sposób pokazuje, jak indoktrynowane przez system dziecko uczy się prawdy o świecie i o innych poprzez kontakt z prawdziwymi ludźmi. Jest to również opowieść o rozbitej przez wojnę rodzinie, samotności i dramatycznej próbie pozostania człowiekiem w tym szalonym świecie. Najmocniejszym elementem JoJo Rabbit jest postać matki, jedynej wydawałoby się osoby, która wie, co tak naprawdę wyprawia ze swoim narodem Hitler, buntująca się po cichu przeciwko reżimowi. Ona jest jedynym elementem, który scala ten praktycznie oderwany od rzeczywistości przez swoje przerysowanie film z realnością. Jej wątek potraktowany został naprawdę ciężką ręką i wydaje się zbyt wykalkulowany na to, żeby przejąć. A szkoda, bo jak rozwiązane zostało to wizualnie, to jeden z najlepszych zabiegów filmowych całej produkcji.

wyczekiwane filmy 2019

Fot. kadr z filmu Jojo Rabbit

Po naprawdę dużych oczekiwaniach JoJo Rabbit okazał jednak rozczarowaniem. Niepotrzebnie rozwleczony, zbytnio starający się być hip i cool, ugina się pod ciężarem własnego ego, tracąc z pola widzenia prawdziwy dramat tamtych czasów: ludobójstwo zainspirowane przez szaleńca, który pogrążył w chaosie połowę świata. Jest zbyt pobłażliwy w swej satyrze, biorąc pod uwagę, w jakich czasach przyszło nam żyć. I zabrakło mi w nim jakiejś mocniejszej, emocjonalnej puenty. Nie znaczy to, że film nie spodoba się publiczności, kiedy trafi do kin. Jestem pewien, że ze względu na jego lekkość i pojawiające się na ekranie gwiazdy, nie będzie miał problemu z wywoływaniem salw śmiechu w wypełnionych po brzegi salach kinowych. Okazuje się, że na wiele z tych fajerwerków pozostałem obojętny.

JoJo Rabbit w kinach w Polsce 24 stycznie 2020 roku.

Film miał europejską premierę w ramach 63. Londyńskiego Festiwalu Filmowego.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?