Suspiria – recenzja długo oczekiwanego horroru Luki Guadagnino

Nie wiem, czy to nie najbardziej wyczekiwany film festiwalu w Wenecji. Oraz jeden z najbardziej oczekiwanych horrorów tego roku. Luca Guadagnino, opromieniony sukcesem Tamtych dni, tamtych nocy, mógł w końcu zrobić remake Suspirii, kultowego filmu jednego ze swoich mistrzów, Dario Argento.

Włoch pierwowzór potraktował jako brudnopis, zachowując szkielet opowieści. Reszta jest zupełnie inna, tworzy autonomiczny, niepowtarzalny styl. Trwający ponad dwie godziny film stał się już teraz tegoroczną mother!, która to produkcja mocno podzieliła publiczność. Oprócz braw podczas pokazu prasowego dało się i słyszeć gwizdy i buczenie. Cóż, reżyser sam się o to prosi, bo to, co zaoferował, nie każdemu przypadnie do gustu.

Kadr z filmu Suspiria / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Suspiria / fot. materiały prasowe

Zobacz również: Suspiria – pierwszy fragment wyczekiwanego horroru!

I nie chodzi bynajmniej o graficzną przemoc i krwawe momenty – o tym wiedzieliśmy już ze zwiastuna oraz faktu, że film otrzymał najwyższą kategorię wiekową. Jako horror bowiem Suspiria nie straszy prawie wcale. Być może bardzo wrażliwe osoby zasłonią oczy. W porównaniu z oryginałem, przy którym sama ścieżka dźwiękowa wywołuje dreszcze, film Guadagnino musi polegać na kilku momentach okropieństwa. I pierwszy następuje dopiero w pięćdziesiątej minucie projekcji, w owej scenie tańca, gdy Dakota Johnson jako Susie Bannion wygibuje się w jednym pokoju, a ciało drugiej tancerki plącze się i łamie w pomieszczeniu obok. Nie zmroziły krwi w żyłach głosy, które słyszała Patricia (Chloë Grace Moretz) w sesjach z psychologiem Klempererem (Tilda Swinton pod pseudonimem Lutz Ebersdorf i pod toną makijażu i protez). Tak więc dopiero po godzinie i czterdziestu minutach zaczyna się prawdziwa jazda. A co dzieje się wcześniej?

Suspiria Dakota Johnson

kadr z filmu Suspiria / fot. materiały prasowe

Reżyser stopniowo buduje swoją historię, rozgrywającą się w Berlinie na tle politycznych perturbacji, związanych z zamieszkami radykałów grupy Baader – Meinchof. Jest rok 1977, podzielone murem miasto w niczym nie przypomina tego z wizji Argento. Szare, przygnębiające budynki, smutne wnętrza, dominuje poczucie przegranej i degrengolady. Berlin w Suspirii Guadagnino odstrasza posępnym, gotyckim kolorytem. To miasto, w którym ciągle pada – deszcz lub śnieg. Dla jednej osoby natomiast ziścił się sen – Susie dostaje szansę angażu do prestiżowej grupy baletowej, o czym marzyła od zawsze. Tańczy doskonale, urzeka tym szefową trupy, Madame Blanc (Swinton). Guadagnino nie kryje, że coś jest nie tak z tą grupą taneczną. Ujęcia, kolorystyka, zbliżenia na pewne detale mówią wszystko. Na fakt, że w pewnym momencie zacznie się szaleństwo, jesteśmy przygotowani przez niemalże dwie godziny.

Zobacz również: Narodziny gwiazdy – recenzja filmu Bradleya Coopera z Lady Gagą!

Nie do końca rozumiem, dlaczego twórcy zdecydowali się tak rozbudować Suspirię. Sprawia to niestety, że na końcówkę przyjdzie nam bardzo długo czekać. Tło polityczne, tragiczna historia narodu niemieckiego, mają dodać pewnej – banalnej w sumie – głębi. Pokazują, że prawdziwe zło drzemie w zwykłych ludziach, tuż za rogiem. Bardziej kupuję historię Susie, której retrospekcje otrzymujemy zdawkowo na początku (jej matkę gra Polka, Małorzata Bela) oraz pod sam koniec. Finał być może każe nam interpretować pojawienie się wiedźm jako rodzaj zemsty, pokłosie wojny. Ale jest też swego rodzaju pozytywnym zaskoczeniem, które pozbawia bohaterki piętna ofiary. Dopowiadanie feministycznego wydźwięku, jak w przypadku wielu filmów o czarownicach, byłoby chyba dużą nadinterpretacją.

Kadr z filmu Suspiria / fot. materiały prasowe

Kadr z filmu Suspiria / fot. materiały prasowe

Dakota Johnson jest tajemnicza i ma niesamowity magnetyzm. Pod wizerunkiem delikatnej kobiety skrywa pewien mrok, który wyraża w tańcu i ukazywanej stopniowo seksualności. Tilda Swinton jest jak zwykle niezawodna, operując minimalnie głosem i gestem osiąga znakomite efekty. Choć reszta ekipy jest równie dobra, to toczące się poza głównym wątkiem historie ulatują z głowy zaraz po seansie. Podobnie jak wiele scen, prowadzących do satysfakcjonującego, mrocznego finału.

Nie ma sensu powyrównywać oryginalnej Suspirii do nowego dzieła Guadagnino, chciałbym jednak, by ten film robił dwie rzeczy o wiele skuteczniej. Angażował, nie pozwalając oderwać wzroku od ekranu, oraz porządnie straszył. Takie braki to jednak spore rozczarowania.

Ilustracja wprowadzenia i plakat: materiały prasowe

Redaktor

Dziennikarz filmowy i kulturalny, miłośnik kina i festiwali filmowych, obecnie mieszka w Londynie. Autor bloga "Film jak sen".

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Zarejestruj się, jeśli nie masz konta Nie pamiętasz hasła?